gajowiec.pl - nowości i publikacje * news and articles

Mój świat, moja pasja, moje rozumienie przyczyn i metod leczenia schorzeń, które powodują ból oraz inne dolegliwości.

Wpisy

  • poniedziałek, 30 czerwca 2014
    • O biciu dzieci? Warto mówić? Pisać?

      Tematyka bicia dzieci tudzież wymierzania jakichkolwiek kar cielesnych co jakiś czas wyskakuje, jak klown na sprężynce z pudełka i po chwili znów wpychany jest do środka, by nikt tego nie widział. Bo lepiej nie widzieć. Bo lepiej poudawać, że nie ma tematu. Bo lepiej podopisywać kolejną teorię, która uzasadni to, że biję swoje dziecko.

       

      W dzisiejszym Newsweeku ukazał się artykuł pod wiele mówiącym tytułem: BLIZNY NA MÓZGU. Jeden z akapitów brzmi:

      "Mózgi dzieci bitych przypominają mózgi weteranów wojennych cierpiących na zespół stresu pourazowego" Dreszcz jest? Wstrząsa? I dobrze - MA WSTRZĄSAĆ!! Tylko cały problem tkwi w tym, by nie skończyło się na wstrząsach.

       

      Bo bicie dzieci dzieje się praktycznie wszędzie: w sklepach, na ulicach, no i w domach, a co najbardziej poruszające (a może właśnie nie?) - w tych tzw. dobrych domach. Dobre domy to niestety niejednokrotnie wypełnione po brzegi hipokryzją pomieszczenia, w których żyją bezdusznie bezrefleksyjni ludzie, odgrywający się na własnych dzieciach za krzywdy, których doznali od swoich tak zwanych rodziców.

       

      Jako przykład działania tej bezmyślnie głupiej matrycy podam przykład z własnych obserwacji. Znałem kiedyś człowieka, który wyznawał maksymę: " lepsze bite, niż zgnite" ale już go nie znam. Mam względem niego jak najgorsze zdanie. Widziałem, jak z pełną premedytacją lał swojego kilkuletniego syna, natychmiast tłumacząc to swoją bezsilnością wobec głupoty dzieciaka, bo przecież miał coś umieć po kilku klasach szkoły, a okazał się tumanem, no więc trzeba sprać. Dziecko w drgawkach ze strachu było gotowe obiecać temu "rodzicowi" złote góry, byle tylko nie dostało znów... dodam, iż tym "rodzicem" była kobieta.

       

      Przekazów tego typu w języku jest trochę, by wspomnieć choćby o " mnie bili i wyszedłem na człowieka, to i jemu/jej nie zaszkodzi"... I znów - przekonania dają przyzwolenie na takie działanie, bo skoro jest na nie gotowe powiedzonko, to czemu nie - bijemy.

       

      Takich "rodziców" mamy pełno wokoło. Przychodzą ze swoimi dziećmi do przedszkola, odbierają je ze szkoły, wleką się z nimi po alejkach supermarketów i nich się tylko smarkacz zatrzyma przy chrupkach, nie daj Boże albo opóźnia zakupy... I mijają ich ludzie, którzy niejednokrotnie odwracają głowy po prostu i odchodzą. Pomijam już to, w jakim przekonaniu o świecie rozwija się takie dziecko. Pomijam, jak bardzo ma zaciśniętą żuchwę, bo :kiedyś przecież dorosnę i ci się odegram" (tylko, że lęk przed rodzicem potrafi być tak wszechmocny i tak żywy, że obiektem agresji zostaje własne dziecko, a nie ten bijący).

       

      W moim rozumieniu bicie dzieci to nic innego, jak produkowanie tzw. cyst energetycznych, o których niejednokrotnie wspominałem czy to przy okazji prelekcji organizowanych przez BANG czy też samodzielnych. Ich niszcząca i chorobogenna rola w życiu człowieka pozostaje przemilczana, a jest w moim rozumieniu jedną z ważniejszych. Cysty energetyczne, które zawierają w sobie zarówno fizyczność, jak i emocjonalność zjawiska (w tym przypadku bicia), wpływają bezpośrednio na stan narządów, w których zostały ulokowane. A potem wielkie zdziwienie, skąd u tego czy innego człowieka tzw. idiopatyczne choroby ( o nieustalonym pochodzeniu). Prosi się napisać - idiotopochodne, gdyż pochodzenie ich jest oczywiste.

       

      Stan, który toczy ciało dziecka a potem dorosłego, który częstowany był - ach, niewinnymi klapsami - jest z punktu widzenia zdrowia dramatyczny. Nie wspominam o metodycznym biciu, bo i tego jest pełno. Nie ma się więc czemu dziwić, kiedy do gabinetu trafiają ludzie o zagryzionych do szczętu zębach, krwawiących dziąsłach, bólach głowy, które nie reagują na nic tudzież z biodrami twardymi, jak kamienie oraz pełną gamą dolegliwości rejonu dolnej części ciała.

       

      Na drodze sprzeciwu stoi ludzki lęk, obojętność, brak empatii, cholera wie co jeszcze. A niech każdy, kto widzi takie sceny postawi się na miejscu bitego dziecka lub zastanowi się, jak zareagowałby taki bijący rodzic, gdybyśmy jego nieposłuszeństwo łamali biciem? Policja, siły zbrojne ONZ i pospolite ruszenie Świętego Oburzenia, Że Ktoś Śmiał... 

       

      Wyraźnie i jasno napiszę: DZIECI NIE WOLNO BIĆ ZE WZGLĘDÓW ZDROWOTNYCH!!! I nie ma tu mowy li tylko o zdrowiu psychicznym. NIE WOLNO BIĆ ZE WZGLĘDU NA CAŁKOSZTAŁT ZDROWIA. Ktokolwiek bije dziecko, niszczy jego naturalne środowisko dziecięctwa. Ktokolwiek bije dziecko, niech poszuka sobie silniejszego od siebie i niech każe siebie natłuc po głowie, twarzy lub tyłku - to zdecydowanie poprawia pojmowanie sytuacji dziecka.

       

      To, co napisałem, to nie moje widzimisię, żadna fanaberia ani kaprys podążenia za chwytliwą kampanią. To niezgoda na to, co dzieje się w tym kraju, na naszych ulicach, w sklepach, domach. Nie zgadzajcie się na to, choćby nie wiem co! Pokazujcie palcami ludzi, którzy biją dzieci! Malujcie na ich drzwiach czerwoną farbą - tu biją dzieci. TO zjawisko jest o wiele gorsze, niż jakiekolwiek nagrania spod restauracyjnego stołu czy kolejny prawny babol wprowadzony przez ignorantów w obieg. To niszczenie tkanki tego społeczeństwa u podstaw. TO jest działanie najgorsze ze szkodliwych społecznie.

       

      NIE - DLA BICIA DZIECI.

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      mocushle
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 czerwca 2014 22:40
  • niedziela, 29 czerwca 2014
  • niedziela, 22 czerwca 2014
    • Informacja o okresie urlopowym

      Informuję, iż moja praktyka nie będzie działać w dniach 1 - 14 lipca. Zapraszam więc wszystkich Państwa, którzy do tego czasu chcieliby "posprzątać" nieco przed urlopami. Zapraszam także do rezerwowania sobie terminów po 14 lipca pod stałym numerem 602 786 988 oraz mailowo: gabinet@gajowiec.pl

       

      *

       

      I announce I am away from 1 - 14th July. Please call before or after if you are keen on booking an appointments. Same number: 602 786 988, same mail address: gabinet@gajowiec.pl

       

      taki mamy czas ;-)

       

      http://www.youtube.com/watch?v=9gnX1QgXK08

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      mocushle
      Czas publikacji:
      niedziela, 22 czerwca 2014 23:16
  • poniedziałek, 16 czerwca 2014
    • Polecam pozycję dla tych, którym na sercu leży...ich własne serce.

      Aleksander Lowen był i jest dla mnie (tu padnie rzadkie słowo w moim słowniku) guru w materii widzenia emocjonalności człowieka i oddziaływania jej na ciało. Jego spojrzenie na rolę miłości w życiu każdej jednostki jest przejasny, przewyraźny i przemawiający. Lowen tłumaczy swoją wizję / doświadczenie bardzo klarownie. Bez miłości nie ma życia. Otwarcie na łzy, przyjęcie prawdy o sobie oraz następstwa braku miłości w życiu jak dobroczynności jej istnienia, jest podstawą wejścia na linię startu do rozumienia własnego ciała a przede wszystkim reakcji serca, które promieniuje na pozostałe części i narządy.

       

      Książka Lowena niech będzie jedną z ważniejszych książek dla każdego. Dla singli, którzy potrzebują kochać także siebie, dla rodziców, którzy kochając siebie - mogą radośnie kochać swoje dzieci, rozumiejąc wymogi integralności ich serc ale w ścisłej relacji z ich sercami. Dla par, którym łatwiej będzie rozumieć siebie na wspólnej drodze. Dla rozchodzących się, bo może zauważą w niej światło, że jednak świat się nie skończył a serca nie wolno więzić w klatce. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie. A intuicja serca najbardziej :-)

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      mocushle
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 16 czerwca 2014 12:07
  • piątek, 13 czerwca 2014
    • Gojenie. Jesteśmy świadkami cudów.

      Proces gojenia jest podstawowym elementem przetrwania istoty żywej na ziemi. Wszystko, co spotyka także nas, ludzi, co doprowadza do choćby najmniejszych uszkodzeń, natychmiast wychwytywane jest przez nasz wewnętrzny system wczesnego reagowania i w miejsce uszkodzenia rzucane są siły naprawcze.

       

      Człowiek, jako istota żywa, postawiony jest na ziemi, by żył w swoistym spokoju, dobrobycie wewnętrznym i mógł korzystać z życia, zdrowia  w sposób przynoszący mu korzyść, dobro, a także pozwalający na rozdawanie tego wokoło. Innym ludziom. Promieniowania dobrem ze wszystkich swoich komórek. Człowiek posiada gwarancję tego, że na straży jego integralności zdrowotnej stoją mechanizmy samonaprawcze. Czego one dotyczą?

      Wszystkiego, czym jest. Bo obejmują zarówno ciało, jak i ducha, który niby nie jest widoczny, ale dość wyraźnie przegląda się w stanie tkanek, ich reaktywności, żywotnośći, energetyczności.

       

      Najprostszym przykładem działania procesu gojenia jest to, co dzieje się po zranieniu skóry. Nie potrzeba specjalnych procedur, które włączą coś w ludzkim ciele, gdyż to ono od razu wie, co się wydarzyło. Natychmiast uruchamiają się procesy, które mają na celu zahamowanie krwawienia, zalepienie rany a potem wygojenie skóry w miejscu urazu. I nawet jeśli na drodze stają mikroby, które brudzą ranę, organizm zwalcza to wszystko, pojawia się odczyn, rana ropieje, ale ciało walczy o swoje. Mija trochę czasu i zapominamy o problemie.

       

      Podobnie sprawy mają się z choćby złamaniem kości, które - to oczywiste - o wiele bardziej skomplikowane, ale zalewanie się odłamów kostnych, czyli gojenie się rany kości, odbywa się tak samo. Naderwane ścięgno tudzież rozerwana torebka stawowa także się wygoją samoczynnie. Krwiak po uderzeniu. I nie zastanawiam się teraz, jaki będzie ich wygląd tudzież funkcjonalność. Wszystko w ciele pracuje na rzecz akcji: TRZEBA IŚĆ NAPRZÓD. Te same procesy toczą się w obrębie narządów wewnętrznych, gdyż najważniejsze dla ciała z punktu widzenia biologii jest ŻYĆ JAK NAJLEPIEJ, NAJSPRAWNIEJ. Czy proces ten nazwiemy gojeniem, czy zdrowieniem - nie ma to najmniejszego znaczenia. Jest on c u d e m samym w sobie, z którego istotności istnienia wielu nie zdaje sobie sprawy. Dopuszczając więc istnienie zdrowienia fizycznego, nie można nie wspomnieć o gojeniu / zdrowieniu emocjonalnym, emocjonalnym, duchowym, czy jakkolwiek je sobie nazwiemy.

       

      I znów trzeba sięgnąć do zwrotów językowych, które w jasny sposób oddają sens tego, co będzie poniżej.  Weźmy znów na warsztat serce, bo chyba ono jest najbardziej obrazowo reprezentowane w języku. "Ona zraniła mi serce", "pękło mi serce", "ma przetrącony kręgosłup", "złamało mu to życie", "wyszedł z tego poraniony" - to tylko niektóre zwroty mówiące jakże obrazowo o tym, jak ludzie postrzegają swoje wnętrze przez pryzmat urazów. Emocje człowieka się ranią, funkcjonalność tkanek się uraża, sedno człowieczeństwa - serce - poddawane jest niejednokrotnie próbom, z których wychodzi poranione właśnie. I co z tym dalej. Idźmy za sercem więc: "serce krwawi". Wiadomo - nie jest to odzwierciedlenie fizycznego zjawiska wynaczynienia ze światła naczyń serca, ale tego, jak wyobrażamy sobie cierpienie powodowane zadanym urazem naszych emocji. A dalej: "czas leczy rany", " zabliźniły mi się już rany po tamtym" - nic dodać, nic ująć. Blizny, które tworzą się na emocjach serca są jasnym znakiem tego, że było mu momentami trudno, ale chce mu się żyć i chce dalej zdrowo i zgodnie ze swoim przeznaczeniem odgrywać rolę serca pomiędzy innymi emocjami. Na emocjach tez powstają blizny i one właśnie wskazują na to, że za sobą mamy już to i owo. Ale do usług mamy właśnie tę wszechpotężną siłę, która pcha nas ku życiu, radości, spokojowi, ku równowadze.

       

      Nie wspominam tu świadomie o sprawach wszelakich samookaleczeń emocjonalnych, lub sypania sobie soli w rany, które zamiast goić się - są rozdrapywane takimi czy innymi potrzebami trwania w zranieniu. T y c h zjawisk jest t a k dużo, że nie zmieściłoby się to chyba na żadnym blogu, ufff... nie wspominam tu też o tych, którzy świadomie i otwarcie godzą się na własną niechęć do pracy nad zdrowieniem, nad gojeniem. Nie wspominam tu także o tych, którzy zamiast skupić się na sobie, życie marnotrawią na życiu życiem innych ludzi, odgrywaniu się na nich za własne rany, które zamiast ich czegoś uczyć i pomagać wyciągać wnioski - przepinają styki na rewanżyzm, mściwość i zaspokajanie mocno płytkich instynktów.

       

      Mam czasem wrażenie, że ludziom trudno jest jednoznacznie opowiedzieć się za gojeniem siebie właśnie. Swoich przeżyć, ran, urazów. Że stan trwania w nich odpowiada im o wiele bardziej, niż przekonanie i doświadczanie tej wolności zdrowienia. Po raz kolejny potwierdza się powiedzenie, iż chorować jest bardzo łatwo, zdrowieć mimo wszystko trudniej, bo t o jest dowodem na nasz stosunek do Życia. Do tej Niezwykłej Mądrości, która przed oczami ma nasze szczęście, równowagę i spokój.

       

      Ufność w wyzdrowienie nie ma związku z tym, czy problem trwa 25 lat, czy miesiąc, czy dzień. Nie ma znaczenia, czy i jak głębokie są rany. One się g o j ą. Wystarczy chcieć, mieć odwagę do poddania się sile, która potrafi więcej, niż się nam wydaje w najśmielszych snach. Gojenie ran fizycznych i emocjonalnych to nasza wszechpotężna broń, która jako jedyna na świecie nie służy do zabijania a wręcz przeciwnie - do zaprowadzania pokoju. W obrębie naszych ciał i dusz. Wystarczy zaufać i wyskoczyć z kolein myślowych. Pogodzić się. Wziąć życie w objęcia. We własne ręce. Wystarczy sięgnąć. Uwierzyć w cud w nas. Wystarczy zaufać...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      mocushle
      Czas publikacji:
      piątek, 13 czerwca 2014 13:29
  • poniedziałek, 09 czerwca 2014
    • Drżenie ciała w trakcie terapii - do zdrowienia przez zaskoczenie.

      Jednym z bardziej pożądanych zjawisk dziejących się podczas pracy z ciałem jest samoczynne drżenie mięśni.

       

      Skąd ono się bierze i jaką ma naturę?

       

      Drżenie na poziomie każdej ludzkiej komórki jest zjawiskiem świadczącym o życiu człowieka. Energia drżenia różni się w zależności od okresu życia. Dzieci - jak zawsze mistrzowsko - znajdują się na jednej skrajni skali, człowiek, który umarł - na drugiej. To drżenie wskazuje na swoistą "palność" dzieci, na ich siłę życia, wolę i niespętanie regułami, przekazem społecznym czy Bóg jeden jeszcze wie, czym. Ich niemożność usiedzenia na miejscu jest niczym innym, jak właśnie tym niepohamowanym drżeniem. Zmienia się ono z wiekiem, by w trakcie życia przechodzić w bardziej stabilne formy.

       

      Jednym z powodów hamowania tych drżeń w człowieku jest tłumienie emocji.

       

      Im proces ten zachodzi drastyczniej, im bardziej emocje chwytane są w uścisk, by nie wypływać na zewnątrz ciała, tym bardziej tłumione jest naturalne drżenie. Im mocniej chwytane są te ważne emocja, im mocniej obezwładniane, tym ciało gwałtowniej się wyhamowuje.

       

      Czym ciało - a raczej nasza świadomość - wyhamowują emocje? Ano mięśniami, bo ma je pod ręką i dysponuje nimi do woli i według woli. Weźmy na ten przykład płacz. Płacz jest zjawiskiem, które przynależy do oddechu. Społecznie jest traktowany dość głupio, bo dopókiśmy dziećmi, dopóty jakoś tam nam się pozwala płakać, choć z tym także bywa różnie. Ale im dziecko starsze, tym mocniej zaczyna się piętnowanie płaczu, jako społecznie niepasującego, nieakceptowanego. "Nie maż się, jak baba", "prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze", "co ryczysz" i kilka tym podobnych, plus podniesiony głos rodzica lub krzyk wręcz i dziecko posłusznie zamyka swoje łzy w imadle mięśni, posłuszeństwa, wykonywania poleceń tych, od których zależy.

       

      Płacz dziecka to wszechdrżenie. Wszystkiego, co się nawinie. Twarzy, przepony, która skacze, jak oszalała, brzucha, który pozwala przeponie na swawolę i idzie ono aż do stóp. Dziecko płacze całym sobą. Całą swoją elastycznością, kurczliwością. Dorośli płaczą zazwyczaj twarzą, by nie powiedzieć - wybranymi mięśniami twarzy. Tak bardzo nie pasuje dorosłym płacz, że robią wszystko, by jak najbardziej go ograniczać. Czym? Napięciem mięśni...

       

      Śmiech dziecka to wszechdrżenie. Wszystkiego, co się nawinie. Śmiech dorosłego z rzadka zagląda do brzucha, bo pomiędzy klatką a brzuchem stoi na straży przenaprężona przepona, która jak mur oddziela głowę od miednicy, brzucha, bioder. Oddziela nas od naszego centrum. Czym? Napięciem...

       

      Oddech dziecka to znowu wszechdrżenie, które pozwala na zawładnięcie biodrami, miednicą, omiatanie całego ciała życiodajnym powietrzem. Oddech dorosłego to przecież czasem tak spłycone coś, że trzeba ponownie dorosłych uczyć oddychać. Kursy, ćwiczenia oddechowe i nauka relaksacji - ciekawe, co stanęło na drodze pomiędzy tym, kim teraz jestem a tym, kim byłem, będąc dzieckiem? Napięcie mięśni...

       

      Napięcie mięśni wstrzymuje drżenie komórek. Ciała. Umysłu. Oddechu. Radość. Płaczu. Usztywniając nas, zbliża nas do śmierci. Do śmierci z bezruchu, nienaturalność, sztywności, sztuczności reakcji, działaniu wbrew Prawu Natury. Dlatego też ciało sięga po przeróżne metody ratowania siebie i jedną z nich jest samoczynne drżenie mięśni, które można wygenerować podczas terapii.

       

      Jeśli dotkniemy mięśnia / mięśni, które schowały w sobie emocje i postaramy się pociągnąć je ku sobie z intencją zdrowienia, istnieje duża szansa, że odpowiedzą one samoczynnym drżeniem, dzięki któremu zaczną powracać do zrelaksowanego stanu, który towarzyszył im x- lat wstecz. Im mocniej hamujące lub im mocniejsze emocje związane w mięśniu, tym reakcja może być burzliwsza. Wybuchowi emocji towarzyszyć mogą przeróżne reakcje właśnie od płaczu poczynając, przez szloch nawet, śmiech, "głupawkę", do spadku nastroju itd. Fizycznie: ciało zaczyna samowolnie i niekontrolowalnie się kurczyć, nogi, ręce, brzuch, przepona, twarz, zęby stukają same, same dziwy :-). Przypomina to bardzo sytuację, kiedy mocno przemarzniemy i mięśnie drżąc - próbują wygenerować ciepło, by nas dogrzać. W pewnym sensie jest to podobne: tu mięśnie starają się wygenerować skurcze, by nam dodać paliwa, byśmy powrócili do stanu sprzed napięcia. Następowo zazwyczaj mamy do czynienia z wrażeniem dużego zmęczenia, porównywanym niejednokrotnie do ciężkiego spracowania. Trudno się temu dziwić: pracujące w skurczu przez lata mięśnie, niedoczyszczone z produktów przemiany materii, odzwyczajone od pracy skurcz - rozkurcz... I te emocje, które eksplodują. Tworzy się nowy porządek, po którym wszystko jest już inne. Coś zostało zrzucone, ciężar niesiony w ciele się zmniejsza, można poszukać nową przestrzeń na nowe myślenie, odczuwanie, nową jakość emocjonalności. To czas na nowego ja, nową ja. Na zmianę mojego myślenia o samym sobie / samej sobie. O priorytetach, którymi się kierują. To moment spojrzenia na tło, które bardzo często stanowią tzw. inni ludzie, pod których zadowolenie gramy niejednokrotnie wbrew sobie. Ten proces potrafi trwać, aż do pełnego wygaszenia, może wyzwalać się samowolnie, gdyż ciało zachęcone do tego typu wyzwolenia, skorzysta z niego chętnie, gdy tylko uzna to za stosowne. Nie ma się co tego bać, choć zakres tych drżeń, ich siła i ekspresyjność potrafią zadziwiać.

       

      Terapia, w której udaje nam się sięgać do takich mechanizmów samoleczenia, musi być wsparta samodzielną pracą pacjenta. Mowa tu o uelastycznianiu tych mięśni, które latami trwały w skurczu, o poszukiwaniu takich form aktywności ruchowej, które pozwolą powracać znów do zdrowego odczuwania własnego ciała, jako struktury ogarniętej drżeniem. Drżenie to - jak wspomniałem - jest oznaką zdrowia. Pomaga nam czuć całym sobą każdy aspekt życia:radość, rozkosz, śmiech, płacz, mowę, taniec, bieg, zabawę z dzieckiem, sen... Pomaga złączyć się z wszechdrżeniem wszechświata, Natury, być znów szczęśliwą częścią Życia. I nie ma co się bać tego, że ciało jest mądrzejsze od nas :-). Warto znów czuć ciało, jak dziecko. Tak jest zdrowo. Tak jest po mistrzowsku!!!

       

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      mocushle
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 09 czerwca 2014 13:28
  • niedziela, 01 czerwca 2014
    • Słowa w terapii.

      Słowa czyli dziś o komunikacji. Tej najbardziej słyszalnej. Najbardziej "na wierzchu". Ale i tej z poszeptów...

       

      Na początku: kto i co mówi? Mamy tu dwie strony: pacjent i terapeuta. I teraz co który mówi, co ma na myśli a co słychać? Bo te trzy elementy wcale nie muszą się pokrywać, choć oczywiście mogą.

       

      Terapeuta pyta o podstawowe objawy, o ich zachowanie, powstanie, nasilanie, zmniejszanie, współistniejące problemy zdrowotne, ale i również sprawy związane z życiem osobistym, zawodowym, o codzienność, relacje z bliskimi. Po co? Służy to swoistemu "rysowaniu" obrazu człowieka, który siedzi naprzeciw i prosi o pomoc. Im więcej informacji, tym ten obraz wygląda dokładniej, a więc próba pomocy nacechowana może być większą potencjalną skutecznością.Próbuje także opisać swój punkt widzenia na zagadnienie. Mniej lub bardziej opisowo czy posługując się obrazami, porównaniami. Wszystko zależy od metody, od własnej wrażliwości czy po prostu konstrukcji umysłu.

       

      Czy t o właśnie słyszy pacjent? Czy słowa użyte do wywiadu są dla niego/niej suche, czy jednak trafiają w coś, co uruchamia proces terapeutyczny z poziomu emocji? Czy dotykają którejś ze strun, która pozornie cicho brzęcząc – zaczyne rezonowac na człowieka i próbuje wydobyć z głębin coś, co dla procesu zdrowienia jest niezwykle ważne, momentami kluczowe? Idźmy dalej...

       

      Co mówi pacjent? Są dwie drogi:

      1. mówi w sposób, którego się nauczył, bo już był tu i ówdzie, niejedno widział i słyszał i niejedno stwierdzenie obiło mu się o uszy, a chcąc wypaść w oczach terapeuty na „obeznanego” chooćby po części, używa słów wyjętych wprost z Medycznego Słownika Nazewnictwa i Przeróżnych Diagnoz. Nie ma co tego potępiać w czambuł, bo czasem taka wiedza się przydaje, jest dowodem dotychczasowej drogi, podczas której pacjenta diagnozowano, nazywano przy nim i uczono go okreslonego sposobu myslenia o schorzeniu.

      2. Ale także pacjent zapytany o rzeczywiste podejrzenia w kwestii swoich schorzeń staje przed dylematem: co tu powiedzieć? I może na tym skrzyżowaniu wątpliwości iść w jedną lub drugą stronę. Rozglądaniem rządzi tu spór rozumu i intuicji. Czy iść w słowa pełne „wiedzy” czy spróbować odciąć się od tego i spytać samego siebie, co mi w rzeczywistość jest i dlaczego cierpię? Spró ten trwa raz dłużej, raz krócej. Terapeuta może wkroczyć pomiędzy strony sporu podpowiedziami tudzież próbą przeciągnięcia którejś ze stron na swoją stronę. Zależy to od jego podejścia do tematyki i metody pracy. Ma mimo wszystko pomóc pacjentowi określić swoją wewnętrzną rzeczywistość czy to tę ze świata szkiełka i oka czy jednak intuicyjnego wydobycia z siebie prawdy o swoim ja, o swoim życiu i powodach problemu. O tym, co zatrzymuje nas napięciem, usztywnieniem, podrażnieniami, o przekonaniach nie pozowalających na elastyczność, na bycie sobą, na odpuszczenie sobie czegoś, co stoi ością w gardle. Jak zawsze można powołać się na wiele zwrotów, które odzwierciedlają stan ducha człowieka, wskazują na okreslone reakcje w ciele, a które są odbiciem empitycznej prawdy o mechanizmach rządzących ludzkim ciałem. „Zalewa mnie żółć”, „niosę swój krzyż”, „muszę mieć twardy tyłek, bo mam miękkie serce”, bili mnie w domu, bo „lepsze bite, niż zgnite”, często słyszałem, że „małe dziecko mały problem, a duże dziecko, to duży problem”, a ja tak bardzo nie chciałem być dla rodziców problemem i starałem się robić to, co mi kazali, by ich zadawalać, „niosę cały świat na swoich barkach”, bo tyle sobie nastawiałem zobowiązań, że nie wyrabiam, „zacioskam zęby, by znosić to, co mnie dotyka” itd... Przykłady można mnożyć, jest ich pełno wokoło nas, w codziennych rozmowach przy herbacie, na spacerach lub w pracy. Wsłuchajmy się w nie, a dotrze do nas cała siła poświadomego przekazu wtłaczanego w nasze umysły. I niejednokrotnie trwa to latami.

       

      Ja wiem, że ludzie są różni. Prawopółkulowi, lewopółkulowi, mieszani, ludzie szkiełka i oka czy emocji. Każdy posługuje się własną logiką, własnymi słowami, wyobrażeniami o sobie, o swoim świecie, chorobach. Że to, co mówię o problemie, z którym przyszedłem, to wypadkowa moich własnych doświadczeń, dotychczasowych przeżyć w gabinetach lub po prostu roli, która staram się odgrywać w gabinecie. Trudnym jest bowiem zrzucić z siebie ubiór odgrywanej postaci – p a c j e n t a, zmyć charakteryzację i udać się do cichego miejsca przed lustro prawdy o sobie. Scena teatru, którym chcąc nie chcąc gabinet jest – kusi. To cena, którą niejednokrotnie płacimy za ten występ. I ceną tą jest pewne zafałszowanie obrazu, który przedstawiamy. Jakaś niezawiniona nieszczerość, która wprowadza w przestrzeń pomiędzy terapeutą a pacjentem jakieś źle wybrzmiewające dźwięki. Trudno czasem zaufać człowiekowi, którego widzimy po raz pierwszy w życiu i powierzyć mu swoje bolączki. Ale warto zaufać sobie, że od moich słów zależy to, co może mieć szansę wydarzyć się dalej, w wielkiej przygodzie powrotu do zdrowia.



      Słowa mają wielką moc. Potrafią uzdrawiać. Potrafią wspierać. Potrafią trafiać w serce swoim brzmieniem. Są takie, które dotykają w nas takiej części naszego ja, od którego zaczyna się lawina zmian, od których nie ma odwrotu. Ich siła w tym pozostaje bezdyskusyjna. I nawet jeśli z początku wydaje się, że znów padły po prostu kolejne słowa – one wwiercają się w coś w środku i tam zaczynają działać. Działać w kierunku niezgody na stan, w którym tkwię, bo jest on sprzeczny z prawem do życia w zdrowiu, z naturalnym instynktem zdrowienia i utrzymania organizmu w dobrobycie zdrowia i szczęścia. Każdy z nas ma takie we własnym słowniku. To słowa, które wywołują radość, wiarę w siebie, niejednokrotnie łzy, płacz czy sięgają do ciężkich przeżyć, które stały się punktami zatrzymania naszego serca, ducha czy żywotności jako takiej. Warto zdobyć się na otwartość względem siebie, bo terapeuta jest li tylko pomocnikiem w całym procesie. To sobie warto powiedzieć: to i to jest moim problemem, chcę to wyleczyć, zmienić... Warto słuchać bezgłośnych słów, które wypowiada do nas nasze ciało, intuicja, Natura czy jakkolwiek to będziemy się silić nazywać. T e n głos zawsze mówi prawdę. Zawsze chce dla nas dobrze. T e n dialog warto prowadzić z uwzględnieniem tego, że nasze ego może się mylić niestety a ciało nie myli się nigdy.

      

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      mocushle
      Czas publikacji:
      niedziela, 01 czerwca 2014 23:09

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny