gajowiec.pl - nowości i publikacje * news and articles

Mój świat, moja pasja, moje rozumienie przyczyn i metod leczenia schorzeń, które powodują ból oraz inne dolegliwości.

Wpisy

  • środa, 29 stycznia 2014
    • Odwieczny spór o jajo i kurę - także i tu ma swoje wpływy !

      Pytanie: "co było pierwsze: jajo czy kura", zostało dawno wyjaśnione, choć nadal wydaje się wielu dręczyć. Co ciekawe, przenosi się na inne obszary, wciągając w swoją pozorną nierozwiązywalność kolejne tematy. Dziś spróbuje krótko!

      Nieustannie podczas różnych rozmów slyszę pytanie - sugestię, że wszystkiemu w człowieku winien jest kręgosłup. Zwala się na niego praktycznie wszystko, łącznie z plagami egipskimi i tajfunem nad Gorlicami. Nic z tych rzeczy.

      Kręgosłup jest w istocie wszechmocny ze swoją centralnością, kierowaniem przeróżnymi odruchami, wpływem na łączność między poszczególnymi elementami ciala, ale... Jest kilka ale.

      Ale 1. Sam w sobie jest li tylko układanką kości, jednej na drugiej, połączonych ze sobą ultrawrażliwymi tkankami, ktore reagują na zachowanie się tychże kości względem siebie.

      Ale 2. Sam w sobie niczego specjalnie nie jest w stanie wygenerować nieprawidlowego, gdy mięśnie, które nim sterują, znajdują się w prawidłowym stanie.

      Ale 3. I tak wszystko zaczyna się od bioder ;-).

      Kręgosłup o d b i j a sobą nieprawidłowości pracy ciała tudzież jego organów po prostu. Nierównowaga mięsni sterujących czy to biodrami, czy tulowiem, czy kończynami to podstawowe przyczyny psucia warunków naturalnych do pracy kręgosłupowi. On sam w sobie jest ok, ale jego otoczenie potrafi mu narobić problemów. Znamy to... Wystarczy wsadzić kogoś w złe towarzystwo i rzadko kto się oprze jego wpływom. To samo tutaj - kręgosłup zostaje wciągnięty w nieczystą grę i informuje o tym swojego właściciela. Pytanie, czy on na to właściwie zareaguje, czy nie, pozostawiam bez odpowiedzi...

      Kręgosłup sam z siebie praktycznie nigdy nie szwankuje, bo nie ma ku temu powodów. Jego dolegliwości tudzież dysfunkcje jego tkanek, są już kolejnym stopniem w drabinie piętrzących się, choć poukrywanych niejednokrotnie, zaniedbań. Dyskopatie, zwyrodnienia, podwichnięcia czy co tam sobie kto zyczy, to nie są choroby kręgosłupa - to są zaniedbania w y c h o d z ą c e w tym organie. Dynamika tego procesu jest identyczna z innymi schorzeniami. Ma zazwyczaj swój początek całkowicie gdzie indziej, niż w miejscu objawiania się.

      Do brzegu więc: pierwsze było jajo, podobnie, jak pierwsze są zewnętrzne przyczyny wpływające na pracę kręgosłupa. Zarówno na jego prawidłowy, jak nieprawidłowy stan. Miejmy to na uwadze podczas diagnozowania schorzeń oraz ich leczenia. Źle jest nieustannie zaklejać popękany komin, nie patrząc na to, co dzieje się z fundamentami. To praca bez sensu i celu, jest jedynie pozorowaniem pracy. Myślmy więc o swoich kręgosłupach logiczniej!

       

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      mocushle
      Czas publikacji:
      środa, 29 stycznia 2014 15:24
  • poniedziałek, 27 stycznia 2014
    • Czym jest samoczynne drżenie mięśni?

      Odczucie drżenia ciała towarzyszy chyba każdemu z nas przy różnych okazjach. Najczęściej w okresie zimy (no ale taki mamy klimat, co już zostało oficjalnie ogłoszone :-)) z chłodu, ale takżę podczas ćwiczeń różnego rodzaju, w bezruchu (pozornym) oraz w trakcie celowanych zabiegów relaksujących ciało.

      Mięśnie, bo to one są odpowiedzialne za drżenie, są wbrew pozorom bardzo prostymi urządzeniami. Poza napędzaniem kości i wprawianiem szkieletu w ruch, stanowią jeden z ważniejszych elementów systemu termoregulacji ciała. Mięśnie zawierają w sobie mnóstwo naczyń krwionośnych, a te wypełnione płynem (duże przewodnictwo cieplne) błyskawicznie przyjmują lub oddają ciepło czy to z zewnątrz czy wewnątrz.

      Przeżycie człowiekowi gwarantuje wiele systemów, które jednak zdane są na łaskę i niełaskę systemu termoregulacji. On gwarantuje bowiem prawidłowość środowiska, w którym działają pozostałe.

      Co jednak z drżeniem nie powodowanym zmianami temperatury otoczenia?

      Każdy mięsień ma wyznaczony przez Naturę podstawowy poziom napięcia, tzw. tonus. Jest on punktem wyjścia do prawidłowej pracy mięśni. Dobrze elastyczny mięsień, dający się rozciągać w granicach swojej normy elastyczności, jest tym, który dobrze się kurczy, pracuje ergonomicznie i jest zdrowy. Jeśli mięsień przez jakiś czas pozostaje w stanie nadmiernego napięcia,, wytraca łatwość samorozluźniania, jakkolwiek to rozumiemy. Czyli wpada w stan, który dla niego samego zaczyna być niekorzystnym: napięty mięsień, to nieelastyczny mięsień, to niedokrwiony mięsień oraz nieoczyszczany z produktów przemiany materii, a ta przecież stale "pompuje". I zaczyna się kwas, dosłownie i w przenośni. Ciało zaczyna być coraz bardziej niesprawne, nawet jeśli dzieje się to maleńkimi krokami, ale te - jak wiemy - też prowadzą do celu. Jest coraz bardziej zatruwany kwasami, coraz mniej ma możliwości ruchu, oddechu... w pewnej chwili już nie bardzo wiadomo, na co spojrzeć.

      Po przekroczeniu pewnego progu napięcia ciało zaczyna poszukiwać wszelkich metod na przyniesienie sobie ulgi. Samoczynne skurcze mięśni są jedną z nich (jak bardzo pasuje tu niegdyś omawiany zespół niespokojnych nóg!). Dzieją się one w nocy, w dzień, w sytuacji mocniejszego wysiłku, zmęczenia, w stresie wymagającym zwiększonej gotowości ciała do walki lub ucieczki, czyli pod wpływem hormonów. Przykłady można mnożyć.

      Skurcze służą rozładowaniu naprężenia, są próbą przyniesienia ulgi ciału, zamykanemu w coraz sztywniejsze mięśnie. Jeśli przypatrzymy się temu, co dzieje się w trakcie terapii (zazwyczaj na stole w gabinecie) - dostaniemy wyraźny obraz dobroczynności tych samodrgań, niejednokrotnie objawiających się megamocnymi skurczami, napędzającymi kończyny czy tułów, wywołującymi reakcje termiczne czy wegetatywne.

      Reakcje te najczęściej obserwuję przy pracy na strukturach poprzecznych ciała, jak i na wszelkich elementach konstrukcyjnych tegoż, w których zmagazynowane jest nadmierne napięcie. Reakcje te są więc pożądane, dobre, przynoszące ulgę, niejednokrotnie natychmiast znoszą objawy, z którymi przyszedł pacjent, docierające do innych miejsc, o których dysfunkcyjności niejednokrotnie już zdaje się zapomnieliśmy. Ciało "wytrzęsione" odżywa, ożywa, poznaje siebie znów od nowa, ejst czasem zaskoczone tym, co czuje, ale zazwyczaj zadowolone, bo wie, że to jest dobre i niesie za sobą w perspektywie zdrowie.

      Myślę, czy coś jeszcze o tym pisać? Zjawisko to zaskakuje mnie samego za każdym razem, wywoływane może być praktycznie byle czym i działać z zaskoczenia, ale za każdym razem przynosi ulgę pacjentowi. Dotyk powłok ciała z intencją słuchania go, igłoterapia czy dekompresja struktur poprzecznych - każde z nich potrafi uruchomić łańcuch samoleczenia.

      A, jeszcze jedno. Czasem przy dużych obciążeniach zewnętrznych (schodzenie długotrwałe w górach, ćwiczenia z obciążeniem), organizm włącza to drżenie, by dodatkowo usprawnić pracę mięśni, przed którym postawiliśmy być może ponadcodzienne wymagania. A, że drżenie ciała jest ogólnie dobre (nie mam na myśli tego wynikającego z patologii ukł. nerwowego, jak np parkinsonizm), wiedzieli od dawna medytujący mnisi, którzy do ciszy i oddechu dodawali wymruczanie z siebie głosek, które wprawiają ciało w wibracje (np. głoska "m") lub ruchy, które dawały ciału dodatkowe wibracje. Elastyczność, oddech, mruczando, drżenie, zdrowe odżywianie, ruch i miłość - cóż więcej potrzeba, by zachować zdrowie?

       

      na zdrowie:

      https://www.youtube.com/watch?v=o5g9nt1wVMA

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      mocushle
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 stycznia 2014 12:40
  • wtorek, 21 stycznia 2014
  • poniedziałek, 20 stycznia 2014
    • T U mnie boli - refleksja o braku refleksji.

      Gdzieś pomiędzy stawianiem tzw. żelaznych diagnoz w oparciu o dane obiektywne (możliwe?) a zaufaniu intuicji oraz doświadczeniu, pojawia się pacjent ze swoimi przemyśleniami, obserwacjami oraz intuicją właśnie. Wchodząc do gabinetu, przedstawić może dwie wersje problemu:

      1. ta, której się już nauczył, odwiedzając przeróżne gabinety, wysłuchując po drodze przeróżnych diagnoz, ucząc się nazw schorzeń, śledząc internet, fora dyskusyjne,

      2. ta, którą chce przedstawić, jako wynik własnych obserwacji oraz tego, co czuje, wie o sobie i chciałby wyleczyć.

      Przyjrzę się obu sytuacjom przez pryzmat swoich doświadczeń.

      Syt. 1. Pacjent siadając do wstępnej rozmowy opowiada to wszystko, co powiedziano mu o jego dolegliwościach, nazywając to tak, "jak należy", bo albo uznaje tę wersję, jako istniejącą rzeczywistość, albo chcąc przypodobać się swoją elokwencją, obyciem "w temacie" i rozumieniem zagadnienia. Zazwyczaj obraz kliniczny nijak nie przystaje do tego, o czym mówi. Informacja jest oczywiście wartościowa w swoim przekazie, gdyż informuje wstępnie, co i jak było diagnozowane i jakie próby leczenia były dotychczas podejmowane. Co i tak należy sprawdzić na badaniu obiektywnym, oraz oczywiście badaniem ręcznym.

      Syt.2 Mamy pacjenta z dużą nieufnością do bezskuteczności dotychczasowych metod leczenia, gdyż "nikt nie słucha tego, co mówię i próbują wmawiać mi to, co w moim odczuciu jest nieprawdziwe". Pacjent pokazuje palcem: T U mnie boli, stąd rozchodzą się objawy, stąd promieniuje ból albo dzieją się inne niepokojące reakcje, które są ignorowane przez diagnostów nierozumiejących łańcuchów przyczynowo-skutkowych mogących wywołać takie czy inne o b j a w y.

      Jednym z moich ulubionych pytań, które zadaję pacjentom, którzy ewidentnie wykazują chęć współpracy w materii wyleczenia schorzenia, jest :"co panią/pana w rzeczywistości najbardziej boli?" To pytanie o źródło schorzenia, o początek początku problemu, o pierwszy krok, który w pacjencie wykonała dolegliwość, która żyje i doprowadziła go do drzwi gabinetów. Refleksja nad tym pytaniem zazwyczaj otwiera szeroko perspektywę rozmowy, autodiagnozy oraz wspólnej próby znalezienia sposobu wyleczenia.

      Tytułowe "T U mnie boli" jest niczym innym, jak wyrazistym sygnałem : czuję i podejrzewam, że stąd jest cały ból, że tu się ulokował i TO właśnie mnie najbardziej niepokoi. Koncentrowanie się nad jakimiś obocznościami jest marnowaniem czasu i niepotrzebnym rozwlekaniem procesu leczenia, niejednokrotnie kosztownym.

      Po dokładnym wysłuchaniu chorego, po rozmowie, w której rysuję potencjalne drogi "podróży choroby", stajemy przed wyborem - za co się bierzemy najpierw? Miejsce aktualnego bólu jest zazwyczaj bardzo wartościowym oknem wprowadzania bodźców w organizm, gdyż to ono woła - pomocy! To nim ciało sygnalizuje o niemożności poradzenia sobie z kłopotem, jakimkolwiek on jest - fizycznym czy emocjonalnym. Przeciążony układ wzajemnych oddziaływań narządów nie kłamie i nie daje się okłamywać pięknymi słowami prosto z podręczników. Dialog z organizmem jest czysty i prawdziwy, nie pozostawia wątpliwości, czy podjęte wspólnie z pacjentem leczenie ma sens czy nie.

      Pacjent i terapeuta wspólnie moderują proces leczenia, którego ani przyśpieszysz ani opóźnisz, on ma swoją dynamikę, tempo, natężenie, niejednokrotne wzloty i upadki. Wszystko to uzależnione jest od stanu organizmu chorego, jego sił, rozstrojenia, niejednokrotnie wymaga on odpoczynku, przerwy, wzięcia oddechu, bo inaczej można "przesolić", przestymulować organizm.

      "T U mnie boli" nie jest fanaberią pacjenta, jest wielką pomocą w procesie współpracy chorego z terapeutą i pasowałoby mu zaufać, przynajmniej w części, jeśli już wzbraniamy się całkowitego zawierzenia pacjentowi. Choć to dość dziwna postawa, gdyż komu tu wierzyć, jeśli nie temu, kto przychodzi prosić o pomoc w bólu... Na "TU mnie boli" warto mieć oczy i uszy szeroko otwarte.

       

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      mocushle
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 stycznia 2014 12:58
  • środa, 15 stycznia 2014
    • Koło, sfera, łuk - najdoskonalsze formy konstrukcyjne ciała.

      Świat jest pełen krągłości i te uznaje za swoją doskonałość, piękno, wytrzymałość, ergonomię, elegancję, za ten rodzaj kształtu, za który warto było poświęcić miliony lat ewolucji.

       

       

      Weźmy nas, ludzi... Kobiece biodra są opływowe, brzuch noszącej w sobie dziecko kobiety jest krągłością, narodzone dziecko nie jest bynajmniej kanciaste, jego wszystkie ruchy, nawet te najbardziej niepozorne, odbywają się po łukach, obroty głową, sięganie, raczkowanie, aż wreszcie nauka chodzenia, sam chód - wszystko to dzieje się po łuku, po kole, obrysowuje mniejsze czy większe sfery.

       

      Powierzchnie stawowe wszystkich połączeń (poza szwami czaszki) są wycinkiem sfery o środku umieszczonym bliżej lub dalej omawianej powierzchni. Stawy międzykręgowe to nic innego, jak wycinki sfery. Kształt klatki piersiowej, ściany serca, wątroba, nawet - jeśli przyjrzymy się dokładniej kościom długim - to wszystko są elementy owalne, okrągłe, składaki przeróżnych łuków, dzięki którym elementy te są wytrzymałe. Tarcze międzykręgowe to nic innego, jak składanka przeróżnych pierścieni, tworzących coś, co potrafi absorbować i przenosić na sąsiadujące kości ogromne niejednokrotnie obciążenia.

       

       

       

       

       

      Przekrój nerwów, naczyń krwionośnych, limfatycznych, to przecież z grubsza biorąc koła, ich kształt, to rury, miękkie a jakże wytrzymałe. No i wreszcie biodra ze swoją sferycznością - najdoskonalszy kształt przenoszący i wytrzymujący co krok kilkakrotność masy ciała człowieka. Ogromne kule połączone z trzonami kręgów łukowatymi szyjkami, z układem beleczek biegnącym idealnie po łukach.

       

      Do języka potocznego wszedł zwrot: "ruchy ma kwadratowe" - oznaczający jakże wyraźnie odstępstwo od prawidłowej formy ruchu. Podobnie mówi się, gdy myślimy o swoistym ugrzęźnięciu intelektualnym, nieelastyczności w relacjach z otoczeniem.

      Kwadratowość jest nieelastycznością, brakiem umiejętności reagowania na zdarzenia spotykające nas codziennie. Krągłość jest opływaniem, omijaniem, zdolnością sprężystego reagowania na to, co do nas dociera. Jest siłą a zarazem wytrzymałością, miękkością.

      Ciało nasze wybrało krągłości we wszystkich swoich składowych. Wybierajmy je i my, dzięki czemu utrzymamy w sobie i otoczeniu poczucie piękna, delikatności a zarazem spokoju. Ruchy szarpane, nerwowe, nie sprzyjają. Także, gdy mówimy o ćwiczeniach, rekreacji czy profilaktyce najszerzej rozumianej.

      Okrągłe jest w swoich formach aikido i to dlatego również jest takie piękne, płynące, ergonomiczne, efektywne, wdzięczne, eleganckie, ech...

       

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      mocushle
      Czas publikacji:
      środa, 15 stycznia 2014 17:37
  • wtorek, 14 stycznia 2014
  • niedziela, 12 stycznia 2014
  • wtorek, 07 stycznia 2014
  • sobota, 04 stycznia 2014
    • Serce

      (dla J)

       

      Serce: (łac. cor).


       

       


      Organ stworzony do miłości. W całej swej pełni, funkcji, reaktywności, emocjonalności, serce jest po to, by smakować miłość, żyć nią, być nią, oddychać i pompować ją w najmniejsze i najodleglejsze zakamarki człowieka.

       

      Serce rozwija się i pracuje prawidłowo, gdy ma ku temu warunki. Warunkiem podstawowym prawidłowego wzrastania serca, jego dojrzewania oraz harmonijnej pracy, jest miłość. Od samego początku życia człowieka serce, jak gąbka, zasysa z otoczenia wszelkie objawy milości względem dziecka, jak i najdoskonalej wychwytuje najmniejsze choćby oznaki działania jej wbrew. Pełnia nieskrępowanego przeżywania miłości daje dziecięcemu sercu moc, pewność i swobodę rozwoju. Klatka piersiowa dziecka pracujac "pełną parą" stanowi dla serca bezpieczne i sprzyjające otoczenie. Rozprężając się i sprężając, wspiera serce w jego naturalnej pracy na poziomie skurcz-rozkurcz. Ale ta swoboda warunkowana jest jakże mocno emocjami, które warunkują otwartość i brak blokad na poziomie pracy klatki piersiowej. Wszelkie zahamowania, ograniczenia, n i e r ó w n o w a g a w którymś z elementow tej układanki, prowadzi w linii prostej do czynnościowych zaburzeń pracy serca, które wcześniej czy później objawią się w czlowieku tym czy innym deficytem i będą wymuszały kompensację. Jak zresztą wszelka nierównowaga, o czym wielokrotnie wspominałem już na tym blogu i przy okazji przeróżnych rozmów czy prelekcji.

       

      Serce reaguje na brak miłości stanem, który powoduje jego sztywnienie, a sztywny mięsień, to mięsień niewydolny. Serce reaguje na brak miłości wyczuwając doskonale usztywnianie osierdzia, czyli najbliższej sobie powłoki, swoistej tarczy chroniącej je przed "uderzeniami" z zewnątrz. Serce czując niesprzyjające milości warunki "przełącza" się li tylko na mechaniczność swojej pracy, cierpiąc z powodu niemożności pracy w pełni siebie.

       

      Niejednokrotnie dziwiłem się temu, iż pacjenci z dolegliwościami serca nie są badani pod kątem emocjonalnego stanu serca a zdziwienie powodowane niejasnościami w procesie diagnozowania wydaje sie nie mieć końca. Serca nie da się badać i leczyć jedynie w ujęciu mechaniczno-elektryczno-biochemicznym, choć - co jest oczywiste - ten aspekt tego organu jest nie mniej ważny, niż pozostałe. Ale ma pozostawać z nimi w równowadze, choć ośmielę się stwierdzić, że oddziaływanie miłości na serce człowieka jest ponad wszelkie inne bodźce i ma ponadmierzalny wpływ uzdrawiający. Nie dziwią arytmie, zawały, niewydolności, niedokrwienie i inne powikłania czynnościowe.

       

      Brak miłości jest podstawowym powodem dysfunkcyjności czynnościowej serca.


      Serce wychwytuje z ludzkiego życia lęk i on potrafi w nim przebywać latami. Zazwyczaj pochodzi on z tego, co widzimy wokoło siebie. Myślę, że tak bardzo trywializowane powiedzenie : "co oczy nie widzą, tego sercu nie żal", nie zostalo wymyślone przypadkiem.

       

      Serce rządzi ludzkimi czynami. Miękkie, miłosne, czułe, wrazliwe, empatyczne, daje im dobro, radość, prawdę, szczerość. Serce twarde brakiem miłości jest sercem mściwym, okrutnym, nieczułym, nieempatycznym, pełnym lęku o własny wizerunek, sercem wypełnianym hipokryzją, zamiast miłością, poszukującym rekompensaty za swoją nieczułość w niszczeniu innych serc, które rażą swoją innością. Popatrzeć wystarczy na przebieg południków serca i osierdzia - energia serca skierowana jest do kończyn górnych i rąk, a więc - nawet symbolicznie - do narządów wykonawczych. To co robię, wynika z tego, co noszę w sercu. Można rzec: "po czynach ich poznacie".

       

      O serce należy dbać od zawsze i zawsze. Dla serca trzeba mieć serce. Dla własnego serca warto przebaczać, bezinteresownie być dobrym, nieść sobą dobro, promieniować nim najwyraźniejszym lustrem serca - oczami. Połączenie między nimi a sercem jest aż nadwyraźne. Ciepłe i dobre serce, to ciepłe i promieniujące oczy. Twarde i nieczułe, to oczy bez wyrazu, pustka i chłód.

       

      Dziwić może jedno angielskie słowo, które jednak aż rażąco brzmi jak serce. Słowem tym jest core: rdzeń. Rdzeniem człowieka i jego czlowieczeństwa jest jego serce, rdzeniem dobra lub zła w człowieku jest jego serce, rdzeniem i mieszkaniem miłości w człowieku jest jego serce.

       

      Kochajmy serce, przytulajmy nasze serca, serca nam najbliższe, te obce także, dbajmy o ich miękkość, wrażliwość i czułość. Okazujmy sobie serce.  Najprościej, najlepiej, najszczerzej, najcieplej. Dopuszczajmy do serca miłość, bo ona ma wobec człowieka swoje najlepsze zamiary. Czego wszystkim czytającym te poranne słowa z serca życzę :-)

       

       

       

      przebieg poludnika serca wg starochińskiego atlasu Shih Ssu Ching Fa Hui z 1341r.

       

       

      przebieg południka osierdzia, to samo źródło

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      mocushle
      Czas publikacji:
      sobota, 04 stycznia 2014 07:21

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny